wtorek, 11 października 2011

Noc kina francuskiego part. 1


Kilka tygodni temu, kiedy było jeszcze szaro, zimno i ponuro, wybrałyśmy się z mamą, w ramach zacieśniania więzi rodzinnych, na wieczór kina francuskiego. A już sobie przypominam, było to dokładnie tej nocy, kiedy podobno nad Polską miała przepływać jakaś chmura toksyn z elektrowni w Japonii i mówiono, aby nie wychodzić z domów. To znaczy, tak naprawdę nikt tak nie mówił, przynajmniej nie oficjalnie, tylko nasza mama, zapobiegawczo jak zwykle, doszła do wniosku z koleżankami, iż lepiej będzie pozostać w tym czasie w domu. Nie mniej jednak nadchodząca chmura nie przeszkodziła jej w tym, aby co jakiś czas wychodzić na dwór zapalić. 
Jak się okazała, już po zakupieniu biletów, nie był to wcale wieczór kina francuskiego, ale noc kina. W Światowidzie. Nigdy wcześniej nie uczestniczyłyśmy w podobnych seansach, no może Kasia była raz z tatą na nocy kina Tarantino. Dlatego tez zaopatrzyłyśmy się w Adrenaline, orzeszki na słono (ostatnio nasza ulubiona przekąska!), wiśnie w czekoladzie i inne smakołyki, które miały utrzymać nasze oczy szeroko otwarte. Ku naszej uciesze w jakiś pobliskich delikatesach dorwałyśmy oranżady dr Pepper. Miałyśmy na nie wielką ochotę, bo ciągle piją je w 90210, a wcześniej nie miałyśmy okazji spróbować jak one smakują.
W planie był koncert duetu francuskiego. Jak się okazało to na moje oko było to raczej trio, dwie dziewczyny śpiewały delikatnymi głosikami, jedna z nich grała na gitarze, druga wymachiwała przy tym rękami w trochę zabawny sposób, który miał chyba imitować taniec. Do mnie to nie przemówiło. Ale nie byłam na tyle bezczelna, aby komentować głośno ich występ w przeciwieństwie do kilku dziewczyn siedzących przed nami. Akompaniował im również facet, który grał na gitarze, a momentami na harmonijce, jeśli dobrze pamiętam. Stwierdziłyśmy również, że występ był typowo francuski z tego względu, że francuzi wydają się olewać wiele rzeczy i rzadko co traktują naprawdę serio. Te dziewczyny również potraktowały koncert bardzo lekko, ponieważ nie miały za bardzo z czym wyjść do publiczności. Z drugiej strony być może dzisiejsza telewizja trochę już nas rozpuściła. W Polsce jest tak wiele utalentowanych muzycznie osób, że oczekujemy, iż każdy pojawiający się na scenie artysta od razu zaśpiewa jak Steven Tyler.
Kolejną częścią programu miał być poczęstunek. Typowe francuskie przekąski. Można się więc było spodziewać wina oczywiście, pieczywa, rogalików (myślę, że te oryginalne wcale nie są smaczne, bo nie mają w środku żadnego nadzienia, ani na wierzchu nie są posypane niczym słodkim), może jakiś serek, trochę sałatki lub winogron. Spodziewałyśmy się skromnego przysmaku dla każdego, tymczasem okazało się, że poczęstunek był fantastycznie przygotowany. W przerwie można było napić się kawy, herbaty, były pasztety, sery, parę rodzajów sałatek, bagietki, różne rodzaje ciast i ciastek. Wszystko w formie szwedzkiego stołu, każdy mógł się raczyć do woli, należało jednak wziąć pod uwagę fakt, że zapewne każdy gość chciałby spróbować jakiejś przekąski. Ponownie z rozczarowaniem stwierdziłyśmy, że nie dla wszystkich gości poczęstunek oznaczał to samo, dla niektórych była to forma darmowej wyżerki.
Na wejściu każdy z uczestników imprezy otrzymał również po lampce wina, co przyjemnie nas rozluźniło.


czwartek, 6 października 2011

Jeeeść

Mój ulubiony obrazek w czasie pracy :


Wszyscy znajomi już wiedzą, a nieznajomi właśnie się dowiedzą, że zaraz po zakończeniu semestru letniego trafiła mi się genialna fucha i to w moim zawodzie. Wszystkie kujony, które znają dokładnie całego Bescherella na pamięć mogą mnie pocałować, bo to właśnie moje nazwisko jako tłumacza znajdzie się na nowych książeczkach z przepisami Pascala Brodnickiego. Nie wiem dokładnie kiedy się ukażą, ale może to trochę potrwać i w zasadzie mam nadzieję, że moje nazwisko faktycznie będzie wypisane gdzieś na okładce, choćby małymi literkami, bo nie podpisałam na to na razie żadnego papierka. Pozostaje mi zatem zaufać mojemu pracodawcy.






Kiedyś myślałam, że w życiu nie podołam jako tłumacz, bo jak nie ekonomia, to bankowość albo prawo czy medycyna. Jednym słowem każdy kolejny tekst do tłumaczenia gorszy, nudniejszy i trudniejszy od poprzedniego. Tak przynajmniej wyglądało to u nas na wydziale. A tu nagle okazuje się, że Bóg cały czas nade mną czuwa i jak tylko wydostałam się ze szkolnych murów posypały się jedna za drugą coraz to ciekawsze "tłumaczeniowe" propozycje. Żadna nie dotyczy wypisanych wcześniej dziedzin, wręcz przeciwnie pracuję nad modą, kulinariami i filmem.

Czy jako tłumacz można przytyć? Ktoś kiedyś powinien zbadać tę zależność, bo śmiem twierdzić, że jak najbardziej! Jak tylko zabrałam się za kolejną książeczkę okazało się, że co jakiś czas trzeba sprawdzać w googlach o co tak na prawdę chodzi w danym przepisie i tak się zaczęło. Od 10.00 do 16.00 moje smaki zmieniały się jak w kalejdoskopie i średnio co pół godziny miałam ochotę lecieć po coś innego do sklepu. Ale plus jest również taki, że znalazłam przy okazji kilka ciekawych blogów kulinarnych z pysznymi zdjęciami i jeszcze smaczniejszymi przepisami. Mam nadzieję kiedyś wypróbować choć kilka z nich!

Polecam:


Na dodatek wczoraj w Empiku natknęłam się na kilkach ciekawych książek kucharskich. Mam nadzieję je kupić albo chociaż pożyczyć. Jeśli ktoś coś z tego ma to dajcie znać!

Książka kucharska włoskiej mamy.


Smaki północnej Italii. Smaki południowej Italii. Marlena de Blasi.




Sekrety włoskiej kuchni. Elena Kostioukovitch.



A table! Rousseau-Grieshander Murielle.


 La nonna la cucina la vita. Larissa Bertonasco.


Na tą chyba mam największą ochotę. Nie ma to jak zrobić makaron a la mamma italiana. Najlepiej tego dnia zaprosić do kuchni jeszcze mamę, babcię, siostry, kuzynki i koleżanki, wygonić facetów z domu, nalać sobie po wielkim kieliszku czerwonego wina i zabrać się do roboty!

Większość to ksiązki włoskie jak widać. Moim zdaniem nie ulega wątpliwości, że kuchnia włoska jest jedną z najwspanialszych na świecie! Kasia twierdzi, że bułgarska również ma się czym pochwalić. Przekonamy się już wkrótce na kolejnym Wielkim Żarciu.

wtorek, 4 października 2011

Rozbierać się!

Rozpłakałam się dzisiaj ze szczęścia oglądając Trinny i Susannę! Nienormalne prawda? Nie szlochałam oczywiście jak bóbr, raczej uroniłam łezkę. Ale ten program jest taki poruszający! One naprawdę potrafią odmienić życie niektórych ludzi i sprawić, że kobiety znowu poczują się szczęśliwe (właściwie nie tylko kobiety). To piękne i niesamowite! Kiedy oglądamy finał każdego odcinka ze wzruszeniem obserwujemy mężczyzn, którzy są tak dumni i zachwyceni swoimi kobietami, a ojcowie i przyjaciółki płaczą z ekscytacji na widowni. Dzięki tym dwóm kobietom parę ludzi może przeżyć naprawdę niesamowite chwile w swoim życiu, odmienić się i poczuć się znowu (lub po raz pierwszy w życiu) pięknymi! Cudowne jest to że pomiędzy tymi wszystkimi newsami o trzęsieniach ziemi, huraganach, wojnach i atakach terrorystycznych telewizja funduje nam taką wzruszającą rozrywkę. Ile radości i szczęścia wyzwala we mnie ten program, nie mówiąc już o samych uczestnikach no i prowadzących , które tak emocjonalnie angażują się w historię każdej przedstawianej osoby. 




Trinny i Susannah to dwie brytyjskie stylistki, które zrobiły na świecie furorę radząc kobietom i mężczyznom jak się nie ubierać. A dokładniej jak się ubierać, aby przyciągnąć spojrzenia, aby wyglądać młodziej i atrakcyjniej, aby dostosować ubrania do swojej sylwetki, tak, aby podkreślić swoje atuty, jak dobrać odpowiednie kolory, aby oczy pięknie błyszczały, aby cera wyglądała pięknie i zdrowo i aby kolor włosów idealnie komponował się z całą resztą (to już bardziej dotyczy Pań oczywiście). Uwielbiam je za to, że dają ludziom tyle radości. Można lekceważyć modę i mówić, że ubranie to tylko szmatki jakie wrzucamy na siebie i nie powinny mieć one dla nas większego znaczenia, ale ktokolwiek tak mówi, od razu pokazuje, że nigdy nie widział ani jednego programu z udziałem sławnych stylistek! Jeżeli szmatki mogą nas odmienić, zaczarować i dać nam szczęście, to one są jak Harry Potter w naszej szafie, albo w przymierzalni modnego butiku.
Trinny i Susannah przechadzają się po ulicach i polują. Szukają ofiary. Może wydawać się, że są bezlitosne w swoich opiniach i że krytykują ludzi nie bacząc na swoje słowa i ich wydźwięk w uszach, a raczej sercach, napotkanych na ulicach lub w centrach handlowych osób, ale zaraz same siebie podają za przykład mówiąc: Jesteś płaska jak deska, nic dziwnego, że nigdy nie czułaś się kobieca! Zobacz jak mam taki sam problem, zero biustu, w zasadzie nie muszę nawet nosić stanika. Za to je kochamy! Za tę bezpośredniość, ale i za ten samokrytycyzm, który pokazuje, że trzeba ostro się skrytykować i zabrać się do roboty. Nie jest łatwo być pięknym. To wymaga pracy i poświęceń, ale warto. Trzeba zdecydować co się w sobie kocha, a co trzeba sprytnie ukryć pod ubraniem i migiem ruszyć na wycieczkę po sklepach w poszukiwaniu potrzebnego sprzętu. Problem polega jednak na tym, że wiele kobiet nie potrafi znaleźć nawet jednego swojego atutu! To dla wielu młodych kobiet może wydać się zaskakujące, ale właśnie tak jest. I tu po raz kolejny czas na dobre wróżki, za pomocą odpowiedniej bielizny, spódnicy lub sukienki pokazują kobietą jakie są piękne i ile mają światu do zaoferowania. Gotowe „arcydzieła” przedstawiają najpierw bliskim, rodzinie, przyjaciołom, a potem szerszej publiczności, w przypadku polskiej edycji wszystkim na raz. Kobieta, która wyjdzie na scenę i usłyszy te wszystkie komplementy, gwizdnięcia, oklaski, wiwaty i westchnięcia raz na zawsze zapomni o tym, że kiedyś była brzydkim kaczątkiem i że miała jakieś kompleksy! Teraz jest piękna i zaczyna wierzyć w siebie i swoją urodę. Stoi pośrodku całego tłumu ludzi, wszyscy patrzą się na nią i wiecie co? Ona to kocha! Kocha to, że wszyscy o niej mówią i wszystkie oczy skierowane są na nią. Jeszcze parę dni wcześniej najchętniej przesiedziałaby cały tydzień w mysiej norce, wyciągając tylko łapkę po kolejny kawałek pizzy, który pójdzie jej w boczki, ale przecież nie musi się tym przejmować, bo i tak nigdzie nie wychodzi i tak nigdy nie kocha się ze swoim mężem. A teraz jest pośród setek ludzi, jej mąż płacze na widowni ze szczęścia i czeka z niecierpliwością, aż będę mogli zostać sami i zamknąć drzwi od sypialni. Wszystkie kamery skierowane są na nią, a ona ściska mocno nowopoznanie przyjaciółki od serce, które odmieniły jej życie i znowu czuje się księżniczką. Albo nawet Madonną.


 
Za to kocham te dwie.  

Nie wiem jak się udało ludziom z TVN’U zaprosić je, aby zrobiły u nas swój program. Albo nasza telewizja ma naprawdę dużo więcej kasy niż nam się wydaje, albo Trinny i Susannah się już starzeją i szukają miejscówki, żeby jeszcze wyciągną trochę kasy skąd tylko się da, zanim odejdą na emeryturę. Mniejsza z tym cieszę się, że do nas dotarły. 

Susannah Constantine, urodziła się 3 czerwca 1962 w Londynie, jest brytyjską prezenterką telewizyjną, dziennikarką i autorką. Przez lata współpracowała ze słynnym projektantem mody Johnem Galliano. Jej mąż jest biznesmenem, mają trójkę dzieci.

 
Trinny Woodall, urodzona 8 lutego 1964 w Londynie, jest brytyjską prezenterką telewizyjną, dziennikarką i autorką. Jej prawdziwe imię to Sarah-Jane, imię Trinny jest jej przezwiskiem szkolnym. Początkowo pracowała jako finansistka i specjalista marketingu, potem zaangażowała się w przemysł mody. Trinny ma męża i dwójkę dzieci: córkę Lylę i przybranego syna Zaka.



Get dolled up! Czyli Kardashian Kollection


(Jakim cudem udało im się zepchnąć Kim na bok?! Myślała, że zawsze wciska się na sam środek, no i odnoszę wrażanie, że ma za dużą głowę)


(Jak to się stało, że Khloe jest taka niska na tym zdjęciu? Zwykle przewyższa siostry prawie o głowę)


W zasadzie nie wiem na jakich zasadach to się odbywa, bo przecież prowadziły już kilka swoich butików, ale tym razem chodziło chyba o coś więcej. Z tego co zaobserwowałam oglądając odcinek za odcinkiem Keeping up with the Kardashians, później Kourt&Klo take Miami, a potem New York, to prowadzenie sklepów polegało mniej więcej na tym, wyjaśnię to na mój „chłopski” rozum, że cisnęły sobie jedna z drugą do hurtowni, powiedzmy, stawały pomiędzy wieszakami, półkami i kartonami z ciuchami i wybierały to co im się podoba i co chciałyby sprzedawać w swoim sklepie, jeśli jakiś projektant przypadł im do gustu i zechciał sprzedawać u nich swoje projekty, to również mógł się „wystawić” z towarem. Tym razem jednak chodziło o stworzenie całkiem nowej, spójnej kolekcji. Współpracując z marką Sears siostry K. zaprojektowały cały szereg ubrań i dodatków. Dziewczyny najpierw same wkładały swoje kreacje, później przy „małej” pomocy mamusi przeprowadziły sprawną i huczną kampanię reklamową, parę okładek, artykułów i wywiadów, no i najlepsze spotkania z fanami i rozdawanie autografów. Gdybym miała taką możliwość sama chętnie poszłabym na takie spotkanie. Nie ukrywam, że robi na mnie wrażenie ich pomysłowość i przedsiębiorczość w trzepaniu kasy skąd tylko się da, a już na pewno słodkie jest to, że siostry wszystko robią razem. To pewnie po części chwyt marketingowy, ale na mnie działa. Nie da się również ukryć, że w Stanach wszystko się sprzeda, sam fakt, że Kim zarobiła tyle kasy na swoim weselu może o tym świadczyć. Bo kto to słyszał, żeby na weselu zarobić?! U nas ludzie biorą kredyty po to, żeby dać się babciom i ciociom należycie najeść. 


 (Khloe wygląda pięknie i w tej kiecce i w tym kolorze włosów!)



Całą kolekcję można zobaczyć tutaj.

Bijou (ładne, ale bez przesady, mogły się trochę bardziej przyłożyć do "pracy domowej") :



Więcej tutaj.

Butki (tutaj nie znajduję nic ciekawego) :


Więcej tutaj

Są też torebki - mały wybór, nie wiele wzorów, nic oryginalnego, ani świeżego,a już tym bardziej powalającego, to samo z okularami słonecznymipaskami

poniedziałek, 3 października 2011

TAK! TAK ... ?

Podobno Kim Kardashian przebierała się tego wielkiego dnia aż trzy razy w suknie, które zaprojektowała Vera Wang. Ślub obejrzę wreszcie za dwa dni! Podobno w Londynie jest tylko jednak Kate. Jak na skandalistkę przystało Kate włożyła suknię od kolegi skandalist- Johna Galliano. Podobno druga Kate … nie wiem co z nią, ten ślub już był dawno. Podobno Rubik przygotowała długi scenariusz swojego ślubu, którego ściśle się trzymała. Suknię zaprojektował dla niej przyjaciel- Petera Dundasa. Przyjaciel chciał, aby było dziewczęco i nowocześnie. Podobno piękna, smutna Charlene Wittstock kilka razy próbowała uciec przed ślubem z Monako …  

Można kochać Kate albo uważać, że jest brzydka. Ma specyficzną urodę, albo nie jest zbyt urodziwa, ale to właśnie sprawia, że jest wyjątkowa. Przechodzi obok Ciebie na ulicy, a Ty myślisz: „Matko! Ale ta dziewczyna ma zniszczone końcówki, no i w zasadzie mogłaby się pofatygować do ortodonty”. Tylko, że każda kolejna sesja zdjęciowa z jej udziałem jest jeszcze bardziej hipnotyzująca niż poprzednia, a jej niechlujny, a zarazem niemożliwy do skopiowania styl starają się naśladować kobiety na całym świecie. Ślub Kate i Jamiego miał trwać kilka dni i przypominać bardziej festyn niż nadętą, rodzinną imprezę. Czy to się udało? Tego nigdy się nie dowiemy. Vogue zrobił im piękną sesję zdjęciową, a fotografie pary młodej przechadzającej się ulicą są naprawdę urocze!








 
Anja. Mnie się nie podobało. Scenariusz był. Rozległy, jak słyszałam w jednym z wywiadów, ale coza tym idzie, sama nie wiem, mam wrażenie, że panna młoda mogłaby po prostu coś zjeść zamiast pisać wytyczne. Przyjaciele, rodzina. Skoro wszystko ma być tak bliskie sercu, to po co zaraz huczeć o tym we wszystkich mediach. Uwielbiam nasze polskie "produkty", uważam, że najlepsza czekolada to Wedlowska, a nowa seria kosmetyków Ziaja ma i ładne opakowania i kuszące zapachy, ale przepraszam, nie kupuję tego ślubu. 






Co do cholery Kim zrobiła ze swoimi zdjęciami ślubnymi? Nigdzie nie można ich dorwać. Może będą dostępne dopiero po tym jak E! wyemituje "ślubny" odcinek Kardashianek. Albo w ogóle nie będą dostępne dla zwykłych śmiertelników. Przecież Kim zarobiła na ślubie blisko 4 mln dolców. Gdzieżby tam wrzucała zdjęcia od tak, do Internetu. Może ma wielki tyłek, może jest najnudniejszą z sióstr, może czasami wygląda jak transwestyta, bo sztucznymi rzęsami prawie zamiata po swoich brwiach, może ledwo się uśmiecha, bo błyszczyk praktycznie spływa jej po brodzie, ale „Keeping up with the Kardashians” będę oglądać odcinek po odcinku tak długo jak będą to emitować. 






 Amen!

Roma! Amore mio!

Podobno dobra książka to najlepszy sposób na to, aby udać się na wymarzoną wycieczkę i poznać najodleglejsze zakątki świata jeśli nie ma się pieniędzy na podróż. Tak przynajmniej uważa jeden z bohaterów powieści, którą właśnie czytam, a ja całkowicie się z nim zgadzam.



Ponad dwa tygodnie temu, kiedy byłam jeszcze trakcie mrożącej krew w żyłach sesji egzaminacyjnej, wybrałam się na zakupy do reala, prawdopodobnie po to, aby uzupełnić znikający w mgnieniu oka zapas wszelkiego rodzaju naukowych przegryzaczy, red bulli, wody mineralnej i innych takich. Stojąc już przy kasie z załadowanym koszykiem leniwie wodziłam wzrokiem po znajdujących się z boku półkach, na których leżały gumy do żucia inne smakołyki, podobno normalnie ominęlibyśmy je w sklepie, a więc projektując supermarket marketingowcy zdecydowali, że podstawią nam je pod nos, aby ułatwić nam życie, a tak naprawdę naciągnąć nas na dodatkowe koszty. Moją uwagę zwróciła błękitna okładka małej, dość grubej książki oraz jej zachęcając cena: 9,99zł. „Moje rzymskie wakacje”. Pomyślałam, że dokładnie czegoś takie będę potrzebowała jak tylko wreszcie wykaraskam się z nudnych egzaminów. Sięgnęłam po książkę, a ponieważ jej miejscówka w sklepie była podejrzana i raczej nie wskazywała na wysoką jakoś produktu postanowiłam, że rzucę okiem jeszcze w kolejce na pierwsze strony, aby potem się nie rozczarować, a co gorsza nie wydać na marne 9,99 zł za które przecież mogłabym kupić na przykład paczkę papierosów, no prawie całą paczkę. Zapowiadała się całkiem nieźle, typowa lekka wakacyjna powieść. Do tego akcja toczy się Rzymie, a że obecnie jestem zakochana we Włoszech, języku włoskim, jedzeniu włoskim i tym podobnych, wszystkim prócz mężczyzn pochodzących z Włoch, to wrzuciłam książkę do koszyka. Musiałam co wieczór powstrzymywać się, żeby nie zacząć jej czytać, bo przecież chciałam ze spokojem oddać się jej na samym początku wakacji.

Powieść miło mnie zaskoczyła. Tym bardziej, że nie dawno bardzo rozczarowałam się najnowszą książką Lauren Weisberger, którą dostałam od Kasi na urodziny : „Ostatnia noc w Chateau Marmont”. Jej akcja jest prosta, ale zarazem przepełniona realistycznymi i malowniczymi opisami wiecznego miasta, jego zakamarków, a przede wszystkim opisami jego mieszkańców, ich codziennych zwyczajów i zachowań no i tego boskiego, włoskiego temperamentu. Tytuł nawiązuje oczywiście do Rzymskich wakacji z Audrey Hepburn, ale wbrew temu, czego możemy się spodziewać bohaterka jest przeciwniczką znanego filmu. Nie będę pisać więcej na wypadek, gdybym faktycznie zachęciła kogoś do lektury.

Niebo




Pewien człowiek umarł, a następnie poszedł do Bram Nieba. Spotyka tam św. Piotra i pyta:

- Co trzeba zrobić, aby móc wejść do Nieba?

- Musisz mieć 10 tysięcy punktów.

- 10 tysięcy?

- Dokładnie, 10 tysięcy punktów.

- Chodziłem do kościoła, przez całe swoje życie, w każdą jedną niedzielę rano chodziłem do kościoła. Ile za to będzie punktów?

- Jeden.

- Byłem mężem tylko jednej jedynej kobiety przez całe moje życie, co czasami nie było łatwe! Ile punktów za to?

- Jeden.

- Służyłem co tydzień pomagając biednym i bezdomnym ludziom przez wiele lat. Za to ile punktów?

- Jeden. Teraz masz już trzy punkty!

- Trzy punkty? No to w takiej sytuacji potrzebna jest łaska Boża.

- No nareszcie! Wchodzisz!


Właśnie po raz kolejny zajrzałam na stronę kościółonline.tv. Czy to nie śmieszne, że Bóg działa również w Internecie. I fascynujące zarazem. Wydaje nam się, że Bóg czeka na nas w kościele (na wielu czeka i czeka i doczekać się nie może, ale nie martwcie się on tam zawsze będzie, jeśli zmienicie zdanie) a tu fiku miku i nagle okazuje się, że potrafi również wykorzystać nowe technologie, żeby dać nam o sobie znać. Kiedyś byłam przeciwniczką używania sprzętów multimedialnych w kościele. No bo dajcie spokój, myślałam sobie, przecież kościół to kościół, dom Boży i tak dalej, nie należy się tam pchać z komputerem, prezentacjami Power pointowymi i takimi innymi sprawami. Ale szybko doszłam do wniosku, że chyba trochę się mylę, owszem kościół jest miejscem świętym, w którym należy oddać Bogu należny mu szacunek, ale z drugiej strony, skoro Bóg dał nam główki do myślenia i wymyślania, rączki do robienia, tworzenia i kreowania najróżniejszych różności, to dlaczego mielibyśmy z tego nie skorzystać, żeby nauczyć się czegoś ciekawego, mówić o Bogu innym ludziom i przy tym trochę się rozerwać. Staram się naprawdę czytać Biblię, ale z przykrością, a czasem nawet z odrobiną złości na samą siebie, przyznaję, że trochę mnie ona nudzi. Nie dlatego, że jest nudna, bo jest tam całe mnóstwo ciekawych historii, cała masa lekcji życia i cennych wskazówek, ale dlatego, że jest trudna i wielu rzeczy po prostu nie rozumiem. Czasami rozmyślam sobie nad tym co jest tam napisane, ale nie potrafię na własną rękę dojść do żadnych mądrych wniosków, więc szybko się zniechęcam i poddaję. Ale staram się cały czas. Kiedy ostatni raz próbowaliśmy na własną rękę rozważać jakiś fragment, z ewangelii Jana jeśli dobrze pamiętam, to po paru minutach musieliśmy wezwać pastora na pomoc, bo stwierdziliśmy, że z tymi naszymi mądrymi wnioskami zaraz stworzymy jakieś nowe wyznanie. Jakiś czas temu jedna z koleżanek pokazała mi tę stronę, o której wspomniałam na początku i pomyślałam sobie, a co tam, posłucham sobie kazań, przy okazji podszkolę angielski, po ci pastorzy bardzo ładnie mówią po amerykańsku (nie znoszę angielskiego akcentu, amerykańskiego słucha się znacznie przyjemniej, nie wspominając już o tym, że próby naśladownictwa też lepiej wychodzą). Poruszają naprawdę ciekawe tematy, na przykład kwestie toksycznych relacji, nie przytoczę tu zbyt wielu przykładów, bo widziałam dopiero parę filmików, ale mówią przystępnym językiem, są zabawni i zdecydowanie zwracają się do młodych ludzi. 

Teraz oglądam serię kazań o niebie. Również dopiero zaczęłam. Facet mówi całkiem do rzeczy, generalnie opowiada o tym, że to bardzo ważne abyśmy wiedzieli co nas czeka i jak wspaniała będzie nasza przyszłość w niebie. Opowiada jak istotne jest to, aby cały czas mieć nadzieję i cel do, którego się dąży. Kompletnie nie rozumiem ludzi niewierzących. Nie zamierzam absolutnie nikogo krytykować, bo każdy ma wolną wolę i prawo do tego, aby samemu decydować o swoim życiu, tym teraźniejszym i tym przyszłym, ale uważam, że życie bez Boga jest nudne i smutne. Gdybym nie wierzyła, to myślę, że porządnie zastanowiłabym się za każdym razem wstając rano z łóżka, po co naprawdę to wszystko, po co budzę się i wychodzę z domu, po co w ogóle żyję i jaki jest cel tego życia. Sęk w tym, że wówczas najprawdopodobniej nie znalazłabym żadnej sensownej odpowiedzi. Ale nie zamierzam tutaj opisywać co i jak bo sama nie nadaję się do prawienia kazań. Uważam, że mówienie jest sztuką i każdy, kto chce się tym zajmować powinien zdawać sobie z tego sprawę i porządnie przygotować się do tej roli. Absolutnie nie mówię tylko o kaznodziejach, ale również o wykładowcach i innych mówcach. Nasz pastor na szczęście ma to coś.

Gdyby ktoś się skusił:

http://kosciolonline.tv/

http://kosciolonline.tv/archiwum

Polecam serię Toxic.

O(h) M(y) G(aga)

Judas z rana może zryć psychę na cały dzień. Wierzcie mi, właśnie zupełnie przez przypadek usłyszałam kawałek tej piosenki na vivie i obawiam się, że nie będę się z nią mogła rozstać przynajmniej do południa. 

Możecie mnie zwymyślać, zbluzgać i wyśmiać, ale nie kupuję tego całego dziadostwa, które wciska nam Lady Gaga. Owszem, w pewnym sensie można powiedzieć, że jej cel teraz zostaje osiągnięty, bo właśnie o niej piszę. Przecież wiele z tych wszystkich super extra gwiazd wychodzi z założenia, że: „nie ważne co o mnie mówią, byleby mówili”. Więc wszystko zgadza się z tą teorią, wiem kim ona jest, znam jej muzykę, znam jej piosenki i dobrze wiem jak wygląda, czyli jestem odbiorcą popkultury jak się patrzy, a jaki mam do tego stosunek i czy mi się to podoba czy nie, to nikogo tak naprawdę już nie obchodzi.


Jak Kasia kiedyś słusznie ujęła Lady Gaga porzuciła swoją kobiecość na rzecz bycia czupiradłem i zasadzie nie ma w tym nic złego, tym bardziej, że podobno to wszystko wymyśliła sobie już lata temu. To nie jest tak, że krytykuję z góry coś czego nie znam, bo wiem, że ona jeszcze w zamierzchłej przeszłości wymyśliła sobie ten cały swój szalony image i konsekwentnie się go trzyma, od zawsze gra tego rodzaju muzykę, a jej pseudonim pochodzi od Freddiego Mercurego Radio Gaga. To akurat jest spoko, skoro jest wariatką, to przynajmniej się tego trzyma. Ale czy wszystkie gwiazdy, które trzęsą portkami na samą myśl o tym, że Gaga garściami sprząta im z przed nosa fanów, nie mogą wpaść na coś ciekawszego, tylko muszą ją kopiować. Albo skoro już nie są na tyle twórcze, aby pokonać ją w bitwie na obsceniczne nowości, to przynajmniej mogłyby kurczowo trzymać się swojego stylu, żeby zachować resztki godności.

Tu już nawet nie chodzi o samo kopiowanie jej pomysłów, ale raczej o to, że dokonała ona rewolucji w świecie, ale co ciekawe wcale nie w świecie muzyki, ale w świecie mody i video clipów, więc nikt jej nie kopiuje, a jedynie podporządkowują się pod nowe, wylansowane przez nią trendy, które widocznie teraz obowiązują. Dla mnie takie naśladownictwo to jest jedna wielka beznadzieja i brak poszanowania dla fanów.

Szokuje, obraża, obrzydza i gorszy ale mimo to, albo właśnie dlatego, panienki takie jak na przykład Beyonce, Christina Aguilera albo nasza Dodzia, pomyślały: „O mamusiu! Ja też tak chcę!”. No i dają „czadu”: okropne ciuchy, dziwaczne fryzury, buty w których ciężko postawić choć jeden krok, do tego jakieś jedno wielkie sado maso w teledysku i voila. Nagle wszyscy są Lady Gagą.



 
(Nie wierzę, że to zrobiłam. Wpisałam w Google "Doda", wrzuciłam jej zdjęcie na swojego bloga, a na domiar złego porównałam ją do takich gwiazd jak Lady Gaga albo Beyonce, niech mnie szlag, daję jej satysfakcję.)

Jednak jak się okazuje nawet we współczesnym show biznesie można zachować resztki samego siebie, swojego stylu i swojej muzyki, jakkolwiek ona brzmi,  tak jak na przykład Katy Perry, Shakira albo J. Lo. No chyba, że mimo pełnego po brzegi konta wciąż leci się z wywieszonym językiem na każdy grosz, albo raczej na każdy milion.

Dziękujemy za odwiedziny! Jeżeli podoba Ci się to co robimy, poleć nas znajomym!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...