Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PODRÓŻE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PODRÓŻE. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 grudnia 2012

ANIMARE! to znaczy ożywiać

(Przeklejone z naszego poprzedniego bloga)

Szkolenie animatorów: kto by pomyślał, że będzie mnie ono kosztowało tyle stresu i wysiłku fizycznego?! A jednak rewelacyjni ludzie, których poznałam, nowe doświadczenia, które zdobyłam i to czego się nauczyłam, to wszystko spowodowało, że wróciłam ze szkolenia mega zadowolona! A pasja z jaką opowiadał jeden z prowadzących skłoniła mnie do podzielenia się nowo zdobytą wiedzą (mimo, że od szkolenia minęło już kilka dni):
5 lipca 1841 roku Thomas Cook zorganizował pierwszą wycieczkę turystyczną, a 14 lat później odbyła się pierwsza wycieczka objazdowa po Europie. Natomiast w 1866 syn Thomasa Cook’a, John Mason Cook pilotował pierwszą wycieczkę do Ameryki.
Kilka takich informacji uświadomiło mi, jak niezwykle ważna jest turystyka w ogóle i jak podróże przeplatają się z codziennością już od bardzo dawna. A także jak bardzo turystyka jest w dzisiejszych czasach rozwinięta. Rozwinięta do tego stopnia, że zatrudnia się w niej ludzi specjalnie przeszkolonych do tego aby organizować i uatrakcyjniać czas wczasowiczom. Niezwykłe! A nie każdy przecież może być animatorem. I to napawa mnie jeszcze większą dumą, że ja nim zostałam. Zatem, skoro animare znaczy ożywiać to moim zadaniem w przyszłej pracy będzie nie tylko realizacja programu animacyjnego ale i wzmacnianie doznań wakacyjnych wczasowiczów, którzy znajdą się pod moją opieką. I zadaniem takiej osóbki jak ja będzie więc bycie rozpoznawalną, dostępną, rozmowną (ha! Z tym problemu raczej nie będzie) i jak mówiono mi na szkoleniu- będzie musiało mnie być wszędzie pełno. Z samej etymologii słowa animator mogę wywnioskować jaka w tej pracy powinnam być. Więc skoro poznając etymologię słowa dowiaduję się, że animator to osoba, która za zadanie ma min. „tchnąć duszę” wiem, że będę budowała atmosferę niezapomnianych wakacji i wiem, że idealnie się do tego nadaję. 
A jeśli chodzi o samo szkolenie to byłam naprawdę pod dużym wrażeniem dobrego przygotowania i profesjonalizmu z jakim zostało ono przeprowadzone. Samo w sobie było ono dla mnie jak kopalnia nowych doświadczeń, zarówno praktycznych jaki i interpersonalnych. Zajęć była cała masa, od rana do późnego wieczora i bynajmniej nie same wykłady. Przeciwnie, po 2 dniach miałam już takie zakwasy, że nie umiałam położyć się do łóżka bo nogi mnie bolały zbyt mocno, żeby je zginać. I tylko w czerpaniu przyjemności z udziału w zajęciach przeszkadzało wiszące nad uczestnikami widmo ostatecznej rekrutacji. Takie nasze małe być albo nie być. I nie powiem, żebym się tym nie przejmowała. W godzinę ogłoszenia wyników momentami było mi ze stresów tak niedobrze, że nie potrafiłam wysiedzieć w miejscu. Ale chyba tak właśnie się dzieje z organizmem człowieka, kiedy rozstrzyga się coś dla niego ważnego. Jako studentka psychologii pewnie powinnam była umieć sobie to zracjonalizować ale jako, że sama siebie zdziwiłam tą reakcją na stres to jakoś zwalczanie go nie wyszło mi zbyt dobrze! Siedząc więc w sali konferencyjnej, otoczona nowymi, dobrymi znajomymi poznałam okropne uczucie, którego doznają finaliści różnych talent showów. Bo to było trochę jak You Can Dance, bo wysiłek był solidny nie tylko podczas warsztatów tanecznych, i było też trochę jak Mam Talent bo albo masz do animacji talent albo nie i na pewno było jak Big Brother bo obserwowano nas niemalże cały czas. Ale choć warto było naprawdę wysilić się i wziąć udział w szkoleniu i wszystkim to polecam i przyznaję, że jestem przeszczęśliwa myśląc o przyszłej pracy to jednak nie zdradzę kto mnie szkolił i dla kogo będę pracowała, bo i po co?!

Moja destynacja:





wtorek, 26 czerwca 2012

Gorący Hiszpan, spóźniona Włoszka


Czarnowłosa Włoszka z krzykiem pędzi w stronę kuchni, żeby czym prędzej zestawić z ognia kawiarkę, o której kompletnie zapomniała. Zapach spalonej kawy unosi się na całym korytarzu. Kilka pokoi dalej  utalentowany Hiszpan otoczony swoimi wiernymi fankami  w zabójczym tempie wydobywa ze swojej gitary najwspanialsze latynoskie rytmy. Na końcu korytarza umięśniony Czech pręży się do lustra przejęty, że być może nie wpadnie w oko nowym mieszkanykom rezydencji. Drobniutka Portugalka w pośpiechu zbiega z 3 piętra, po raz kolejny spóźniona o dobrą godzinę tam, gdzie nie powinna się spóźniać. Szczupła, blond Blegijka odpala setnego papierosa wyrzucając z siebie sto słów na miniutę w długiej, porannej rozmowie telefonicznej. Przystojny Niemiec punktualnie o wyznaczonej godzinie podjeżdża pod rezydencję, żeby odwiedzić jedną ze swoich ślicznych koleżanek, problem w tym, że ona jeszcze śpi…




Oni i inni Europejczycy byli moimi sąsiadami przez ostatnie pół roku. Razem gotowaliśmy, jedliśmy, robiliśmy zakupy, imprezowaliśmy, uczyliśmy się i stresowaliśmy się przed egzaminami. Razem wracaliśmy z miasta po nocach, razem próbowaliśmy pokonać francuską biurokrację, razem śmialiśmy się i płakaliśmy, kiedy trzeba było pożegnać jednego z naszej paczki. Jednak półroczna znajomość wykształciła w nas specyficzne, stereotypowe przyzwyczajenia, z których każde pochodziło z innej części Europy.



Typowi Portugalczycy są leniwi i ślamazarni, bardzo powolni, pijący niezwykle dużo wina. Ja potwierdzam powolność i zamiłowanie do wina, choćby i butelki na głowę noc w noc.

Hiszpanie są ze swej natury lubieni od samego początku i przez wszystkich, radośni, otwarci, aż do granic możliwości, czyli po prostu rozwięźli, skorzy do zabawy, twórczy, o gorącym, tzw. „hiszpańskim” temperamenci i wiecznie spóźnieni. Muszę więc przynać, że poznałam bardzo stereotypowych hiszpanów.
O Francuzach mówi się, że są bardzo eleganccy, kulturalni, że o siebie dbają, że są dumni, wręcz zarozumiali. Ja bym powiedziała raczej, że są bardzo zamknięci, aroganccy, antypatyczni, w pracy wiecznie na przerwie i że kochają intrygi. Za to zdecydowanie należy im się pochwała za styl ubierania się, który u przeciętnego francuza jest naprawę dobry.

Belgowie mają najlepsze piwo i promocja tego wyrobu też idzie im dość gładko, są wyzwoleni, liberali, ambitni. Poznałam jedynie jedną Belgijkę, ale ona faktycznie przejawiała wszystkie te cechy i naprawdę uwielbiała jeść frytki z majonezem i popijać je Duvlem.

Niemcy dzisiaj ubowelają, że wciąż kojarzeni są z Hitlerem i chcą pozbyć się tego okropnego skojarzenia. Stereotypowo natomiast postrzegani są za ludzi porządnych, oszczędnych, punktualnych, skrupulatnych, aż do przesady i segregujących wszystko co się da. Niemcy nie mieszkali aż tak blisko mnie, ale na każde spotkanie przychodzili punktualnie jak w zegraku, z dużym zapasem cierpliwości w stosunku do innych spóźnialskich.



Włosi, niezmordowani wielbiciele makaronów rozpoczynali swoje uczty nie wcześniej jak o 22. Ten zwyczaj zdaje się być typowo włoski, późne, ciężkie kolacje, rodzinne biesiady. Włosi to smakosze, są rodzinni, niezwykle radośni, rozśpiewani i głośni, bardzo głośni.



Z czasem wszyscy staliśmy się tacy sami. C’est la vie!


piątek, 20 stycznia 2012

Błoto, mgła i rowery czyli Diverse Downhill Contest 2011.

(Przeklejone z poprzedniego bloga) 

Wczoraj, w ten wyjątkowo ponury, mglisty i deszczowy dzień wybraliśmy się ze znajomymi do Wisły na Diverse Downhill Contest 2011. Ja zrobiłam to bardziej z miłości niż zainteresowania, Kasia z chęci zrobienia czegoś ciekawego i innego niż zwykle, Monika była tam z własnej, nieprzymuszonej woli. Z miłości, bo Kacper jeździ na rowerze. Kiedyś brał udział w takich zawodach, teraz uważa, że nie ma na to czasu, bo pracuje, uczy się i inne ble ble, ale pamiętam, że jeszcze zanim go poznałam koledzy opowiadali mi o tym, jak on dobrze jeździ i czego to on nie potrafi zrobić na rowerze. Szkoda, że wczoraj nie brał udziału w zawodach i nie mogłyśmy dzięki temu kibicować komuś konkretnemu. Tych szkód jest trochę więcej, bo również szkoda, że cały dzień było tak zimno, że dłonie nam odmarzały, szkoda, że przez pół dnia padało, szkoda, że dopiero wczesnym popołudniem mgła zeszła na tyle, żeby widzieć zawodników na trasie, szkoda, że w knajpie na stoku było tyle ludzi, że trzeba było czekać 15 minut na wolny stolik, szkoda, że wszystkie drogi i ścieżki dosłownie spływały błotem, a my razem z nimi no i szkoda, przede wszystkim, że nie byłyśmy w stu procentach świadome warunków jakie czekają nas na miejscu, więc powiedzmy po prostu, że nie ubrałyśmy się odpowiednio. Nie byłyśmy oczywiście w szpilkach! Choć ubolewałyśmy na tym, że trzeba włożyć okropne sportowe buty. Ale okazało się, że bluza i kurtka to za mało na wczorajszą wiślaną aurę. Tak czy inaczej było bardzo wesoło, ślisko i zabawnie. Popiliśmy trochę grzańca i pobiegaliśmy po stoku, a wszystko po to, aby obejrzeć Diverse Downhill Contest 2011 którym tak jarali się nasi chłopcy.
Może w ogóle dla nie wtajemniczonych.
Downhill jest to indywidualny zjazd rowerem na czas po stromych, naturalnych stokach. Ścieżki zjazdowe są często bardzo wąskie, kamieniste lub poprzecinane wystającymi korzeniami. Mogą być również urozmaicone uskokami o różnej wysokości (dropami), które są najbardziej widowiskowe, ale mogą być też powodem najbardziej niebezpiecznych wypadków w zjeździe. Startujący zazwyczaj wypuszczani są na trasę z przerwami 30 sekundowymi (od najwolniejszego do najszybszego), jeden przejazd zazwyczaj zabiera od 2 do 5 minut. Miejsca w klasyfikacji są poukładane według najszybszych czasów, wyścigi często wygrywane są ułamkami sekund.

Na przykład takie zdjęcia znalazłam, zrobione w zeszłym roku.




Jeszcze trochę krótkiej i ciekawej historii tej całej zabawy.

Pierwszy wyścig zjazdowy miał miejsce w Fairfax w Kalifornii, 1976 roku, na drodze pożarowej Repack Road z powodu potrzeby uzupełniania piast po zjeździe (hamulce w piastach które były wtedy używane przegrzewały smar który był w środku i psuły się, więc trzeba go było uzupełniać). Dziesięciu startujących przejechało około 396,24 metrów w około 5 minut, zwycięzca Alan Bonds, był jedynym który dojechał do mety! Pierwsze rowery użyte do zjazdu były znane jako "trzaskacze" (z ang. "clunkers") albo "rowery gazeciarzy" (z ang. "coaster brake cruisers"). W 1979 dwóch organizatorów i zarazem uczestników (Charlie Kelley i Gary Fisher) wyścigu Repack założyło firmę MountainBikers (tłum. "górscy rowerzyści"), od której nazwy nazwano sport.
Mimo tego że w latach 80. XX wieku kolarstwo zjazdowe ogromnie się rozwinęło nadal używano sztywnych rowerów, bądź amortyzowanych z bardzo ograniczonym skokiem zawieszenia (poniżej 5,08 cm). Typowo zjazdowe nie były produkowane aż do lat 90. Do wprowadzanych wtedy innowacji zalicza się dwupółkowe widelce amortyzowane, hamulce tarczowe, jak i bardzo kunsztowne projekty ram amortyzowanych.
Z biegiem czasu jeżdżący w innych dyscyplinach zaczęli skupiać się na zjeździe. Szczególnie wielu wśród nich było jeżdżących na BMX, włączając w to mistrzów takich jak John Tomac, Micheal Crawley lub James Palmer, mnie nic nie mówią te nazwiska, ale podobno ich wpływ jest widoczny w wzroście trudności wielu tras, szczególnie w ilości nowych przeszkód jak hopki czy dropy.
Pierwsze mistrzostwa sygnowane przez UCI w downhillu odbyły się w 1990 roku, w Durango, w Kolorado. Wygrał je owiany już legendą Greg Herbold.






sobota, 5 listopada 2011

Bajka odwrócona, czyli Europejczyk oczami Amerykanina

Tabliczka przy drodze do Thimphu w Bhutanie swoją treścią zdecydowanie nie przypominała naszych przydrożnych billboardów:
Gdy zetniemy ostatnie drzewo,
gdy opróżnimy ostatnią rzekę,
gdy złowimy ostatnią rybę,
dopiero wtedy człowiek zrozumie,
że nie da się jeść pieniędzy.



 Zachęcona przez wykładowcę sięgam po „Geografię szczęścia” Erica Weinera. Lektura ta pociąga mnie z prostego powodu- Weinera kręci to samo co mnie: psychologia szczęścia, odkrywanie źródeł szczęścia oraz podróże. Próbując skrócić treść książki do jednego zdania ujmę to tak: jest ona efektem podróży autora po krajach, które  wskutek stereotypów  postrzega się jako te szczęśliwe, czy też po tych, w których wskaźniki szczęścia pośród mieszkańców są najwyższe lub po takich, w których szczęście na dużą skalę stało się obiektem badawczym ( jak w Holandii, w której znajduje się Instytut Szczęścia ze światową bazą danych na ten temat). Przy okazji, celowo bądź nie, wyjątkowo wyraziście zostały podkreślone cechy charakterystyczne poszczególnych narodowości. Widać, że Szwajcarzy są bardzo szwajcarscy, a Holendrzy nie mogą być już bardziej holenderscy.


To nie jest jednak recenzja, zaledwie chwilowy przypływ weny będący owocem mojego czytelniczego romansu z „Geografią szczęścia”. Książkę wciąż czytam, jestem dopiero na 73 stronie ale coś na przestrzeni tych 73 stron przykuło moją uwagę. Ilekroć pamięcią nie sięgnę do rozmów o czymś związanym ze Stanami Zjednoczonymi, i czy to rozmów od tak przy kawie z koleżanką czy tych niemalże akademickich, zauważam, że często i chętnie powtarzamy „Only in America”.  Całkiem niedawno rozmawiałam z kolegą, który wakacje spędził niedaleko Nowego Jorku.  Jego podsumowanie Stanów zapadło mi w pamięć. Powiedział: „Wiesz, mówi się, że Stany są takie niesamowite, świetne, amazing. I faktycznie tak jest, cool i amazing. Kraj jak z filmów, kraj w którym wszyscy uśmiechają się do ciebie od pierwszej chwili, kraj wielkiej hipokryzji ale co tam (…)”. Prawdą jest bowiem, że Ameryka od lat była przez Europejczyków postrzegana jako kraj niesamowity, trochę niedostępny mimo że tak dobrze znany choćby z filmów, jako kraj wielkich możliwości. Jednym z owoców takiego idealizowania Stanów są liczne negatywne stereotypy dotyczące ich mieszkańców, wynikające najprawdopodobniej z  naszej zazdrości. Choć jak można się było spodziewać Amerykanie nie pozostali nam dłużni i co widać rewelacyjnie w książce Weinera bajka o „American dream” jest trochę odwrócona. Wskazują na to bowiem pojawiające się gdzieniegdzie amerykańskie stereotypy dotyczące życia w Europie.  Naprawdę zabawnie jest czytać to co tak właściwie sądzą o Nas- Europejczykach Amerykanie! Możemy dowiedzieć się np. że sensem istnienia kawiarni dla Europejczyka jest nieskończenie długie przesiadywanie w niej bez najmniejszego poczucia winy. No bo przecież Europejczycy się nigdzie nie spieszą, a jedyna rozsądna europejska rzecz to właśnie wyjście do kawiarni. Tylko nie miejmy autorowi za złe takiego postrzegania mieszkańców starego kontynentu, to tylko stereotyp, nie warto się przejmować bo i tak „(…) Europejczycy przejmują się wszystkimi problemami świata(…) zawsze starannie ubrani, a najlepiej w porze lunchu. Jeśli czymś szczególnie trzeba się przejąć organizują konferencji. Europejczycy uwielbiają konferencje”. Gdzieś między wierszami dociera do mnie przesłanie, że Amerykanie żyją w ciągłym pośpiechu, zakręceni tylko wokół własnego podwórka, a ich życie ani snem, ani bajką nie jest. Wręcz przeciwnie po cichutku z lekką zazdrością wzdychają za europejskim sposobem na życie. Hmmm, czyżbyśmy nie doceniali tego co mamy? Czyżby koniecznym dla nas był wyjazd do kraju wielkich możliwości i przekonanie się, że nasze życie w rytm europejskiego flow jest dużo wspanialsze niż pościg za „American Dream”? Czyżbyśmy cierpieli na chroniczne niezadowolenie z tego co mamy, niepozwalające nam napawać się dumą, radością i podziwem z tego miejsca, w którym przyszło nam żyć? Oj, i czyżbym ja do takich właśnie wniosków doszła  poprzez lekturę opisywanej tu książki? Nic w tym złego. Nic też w tym dziwnego, szczególnie po przeczytaniu tego jak amerykański podróżnik zachwycał się tym, że Europejczycy ufają sobie nawzajem, co rzekomo przejawiało się w tym, że na stacji benzynowej u Nas można nalać sobie najpierw paliwa do baku i dopiero później pójść za niego zapłacić, a rezerwując pokój w hotelu nie trzeba już na wstępie podawać numeru kary kredytowej czy tym, że bilety w autobusach sprawdzane są tylko od czasu do czasu, podczas kontroli. No tak, to przecież dla nas nic nadzwyczajnego…
I jeszcze tylko zacytuję pewnego, nieznanego z imienia i nazwiska Szwajcara „Może szczęście polega na tym, że nie czujemy się tak, jakbyśmy powinni być gdzieś indziej, robić coś innego, być kimś innym (…)”. Bądźmy zatem sobą, bądźmy Polakami, bądźmy Europejczykami, bądźmy z tego dumni i bądźmy szczęśliwi.

Ha, zaledwie 70 pare stron i mam już tyle do powiedzenia! Albo więc Eric Weiner jest geniuszem albo pisze po prostu o tym, o czym ja często rozmyślam i o czym chcę mówić i wiedzieć jak najwięcej. Nie zamierzam jednak teraz nad tym się zastanawiać ani minuty dłużej bo zachłannie zabieram się do czytania następnych stron książki, żeby dowiedzieć się więcej na temat naszego wygodnego życia w Europie, którego nie doceniamy.








.
.
.
. i mam nadzieję, że nikogo to nie urazi:

niedziela, 30 października 2011

S.O.S. dla świata

Kampania "SOS dla świata"


Oficjalna strona kampanii: sos.wwf.pl

„SOS dla świata" to kampania promująca proekologiczne zachowania wśród Polaków, mająca na celu popularyzację przyjaznego środowisku stylu życia, a w szczególności zachowań przeciwdziałających globalnym problemom ekologicznym.

W ramach kampanii powstanie wortal ekologiczny dla internautów sos.wwf.pl, który wystartuje 13 września 2011r. oraz program telewizyjny "SOS dla świata", którego producentem jest WWF Polska. Pierwszy odcinek naszego programu telewizyjnego zostanie wyemitowany przez stację TVN 30 października br.

W programie bierze udział 12 gwiazd - ambasadorów kampanii, które wraz z WWF Polska odwiedziły 6 miejsc na świecie, by na własne oczy zobaczyć największe problemy ekologiczne Ziemi.

Więcej o kampanii dowiecie się z wortalu internetowego sos.wwf.pl, który zostanie udostępniony 13 września.

Kampania "SOS dla świata" jest współfinansowana przez Unię Europejską ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Infrastruktura i Środowisko.

Dofinansowano ze środków Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.





Aby zobaczyć zwiastun programu wejdź tutaj lub tu.

WWF przypomina, że każdy z nas ma wpływ na stan środowiska naturalnego. Co ma wspólnego torebka foliowa ze śmiercią żółwi morskich? Twój zepsuty telewizor z chorującymi w Indiach dziećmi? Egzotyczny parkiet z wycinką lasów na Borneo? Kinga Burzyńska spotkała się z ambasadorami akcji WWF: Michałem Pirógiem i Patricią Kazadi. Więcej kliknij tutaj.




Sześć par gwiazd z pierwszych stron gazet i sześć problemów ekologicznych, z którymi postanowiły się zmierzyć. Indie, Borneo, czy Ghana to miejsca, gdzie nie tylko dobrze poznają skutki ludzkich grzechów popełnianych wobec natury, ale przede wszystkim zawiną rękawy i wezmą się do ciężkiej pracy charytatywnej!

Trudne warunki klimatyczne, brak wody i zagrożenia jakie niesie dżungla nieraz zmuszą ich do pokonania swoich lęków i uprzedzeń. Ciężka fizyczna praca, niejednokrotnie bezsilność i złość, ale i łzy wzruszenia oraz ogromna radość z wykonanych zadań będą im towarzyszyć podczas tych niezwykłych podróży. Na własnej skórze przekonają się, z jakimi problemami borykają się nie tylko ekolodzy, ale i zwykli ludzie w różnych zakątkach naszego globu. Udowodnią też, jak niewiele potrzeba, aby każdy z nas pomógł zapobiec dewastacji środowiska wprowadzając drobne zmiany w codziennym życiu.

Jedną z par, która odważyła się na udział w projekcie jest Patricia Kazadi i Michał Piróg. Jak poradzą sobie nasi celebryci zobaczymy już 30 października na antenie TVN. Widzowie będą mieli okazję oglądać swoje ulubione gwiazdy w zupełnie nowej roli – bez makijażu, bez scenariusza, słowem: naprawdę na żywo!

"S.O.S dla świata" to pierwszy w telewizji TVN program w całości poświęcony problemom ekologii. Projekt powstał przy współpracy i na zlecenie WWF Polska, jednej z największych na świecie organizacji działających na rzecz ochrony środowiska naturalnego. Udział gwiazd w programie jest charytatywny. Więcej tutaj.

Jeżeli chcesz śledzić losy kampanii na facebooku wejdź tutaj.


wtorek, 25 października 2011

Kiss me, honey, honey, kiss me

Przebywanie poza domem, gdzieś w odległym kraju zazwyczaj przemienia nawet największych twardzieli. Wreszcie masz okazję stanąć do walki Ty i tylko Ty versus Reszta Świata. Walka ta niekoniecznie musi być nieprzyjemnym doświadczeniem. Przeciwnie, najprawdopodobniej okaże się niezapomnianą przygodą. Choć wiele zależy od tego jaką strategię przyjmiesz. 
Jako studenta psychologii o przemianach jakie zachodzą w człowieku w takich okolicznościach mogłabym pisać i mówić godzinami ale jako, że w wakacje nie przystoi rozmawiać na żadne ciężkostrawne tematy napiszę trochę o bułgarskich, miejmy nadzieję lekkostrawnych łakociach. 
Słowem wstępu, zanim przejdę do zachwalania tutejszych słodyczy raz jeszcze nawiążę do przemian. Kiedy pozostajesz gdzieś dłużej sam, bez bliskich Ci osób, pierwsza tęsknota mija, a to co pierwotnie było czymś nowym staje się już rutyną, zaczynasz poznawać samego siebie. 
I bam! Odkrywasz, że może nie do końca jesteś taki za jakiego się zawsze uważałeś?! Oczywiście takie myśli nie przyjdą od razu w 2 czy którymś tam tygodniu pobytu ale w stosownym dla każdego czasie. Takie moje lekko psychologiczne wywody nie są wcale bezpodstawne! Dostrzegłam już w sobie kilka cech, o które sama siebie nie podejrzewałam. Sądziłam, że nie jestem w stanie wygłupiać się przy obcych ludziach i że jakakolwiek publiczność mnie stresuje. A jednak, wieczorami tańcuję z dzieciakami w stroju klauna i naprawdę dobrze się przy tym bawię. Co więcej, kiedy dostanę już mikrofon do ręki, bez najmniejszej tremy ogłaszam to i owo w różnych językach i nie śpieszy mi się, żeby mikrofon oddać. Sądziłam, że nie umiem podrywać. A jednak, całkiem niezła ze mnie flirciara. Sądziłam, że jeśli przyszłoby mi z kimś zamieszkać moja irytacja obcą osobą pod moim dachem spowodowałaby, że zamordowałabym współlokatora albo popełniłabym samobójstwo albo i jedno i drugie. A jednak, współlokatorka wciąż żyje, ma się dobrze, a ja już prawie się z nią zaprzyjaźniłam. I największe odkrycie: chyba tak naprawdę nie uwielbiam czekolady o każdej porze dnia i nocy, a jedynie wieczorami!!!! 

A skoro już o czekoladzie mowa, to oto prezentuję kilka smakołyków, jakie można znaleźć w Bułgarii.


 Tradycyjne bułgarskie śniadanie: Banica- wielkie ciacho z ciasta francuskiego. Podawana na słono, czasem z zapiekanym słonym białym serem. A do picia Boza- dziwny, bezsmakowy napój. Bezsmakowy ale jednak nie można powiedzieć, że niesmaczny. Przyrządzony z wody i mąki, zakwasu na bazie starej Bozy i tajemniczej mieszanki przypraw.


Niezbyt dojrzały melon. Niby nic egzotycznego ani niespotykanego ale warto opowiedzieć o niezwykle miłym sprzedawcy, u którego go kupiłam. Na niewielkim straganie pewna młoda para sprzedawała owoce na wagę, w całości. Poprosiłam ich, czy mogliby jakoś mi tego melona przekroić, żeby dało się go zjeść po drodze. (Te moje zachcianki!) A przemiły pan pokroił całego melona, wydrążył, pokroił na małe kawałeczki i zapakował do plastikowego pojemnika. Ta opowiastka może być bardzo pomocna w zwalczaniu negatywnych stereotypów o Bułgarach.


 Ciasteczka z mąki pszennej nadziewane orzechami i najprawdopodobniej jakąś dżemowo- galaretową substancją. Otoczone grubaśną warstwą cukru pudru. Te na zdjęciu są kupne ale jak mi wiadomo z czysto bułgarskiego źródła są to popularne ciasteczka, które często w swoich domach pieką starsze Bułgarki.



Nuga i Karmel. Można kupić w formie batoników, za śmieszną cenę- około 1zł i zajadać się do woli. Karmel, jak sama nazwa wskazuje jest batonikiem z twardej masy karmelowej wypełnionej zmielonymi bakaliami. Biała Nuga, natomiast jest czymś pomięszy pianką marshmellow, a chałwą.


Caca, czyli przekąska, której bałam się spróbować, jako że nie przepadam za konsumowaniem małych rybek w całości. Jednak bez odwagi nie ma zabawy! I naprawdę warto było się przekonać bo Caca, jest wyśmienita, szczególnie w połączeniu z lekkim, lokalnym piwem.


Podobnie jak Polacy uwielbiają Słowacką czekoladę Studencką, czy banany w czekoladzie. Tu w Bułgarii można spotkać pewne Tureckie kulinarne naleciałości, jak ta kolorowa galaretka sprzedawana w sporych paczkach, w różnych smakach, których jednak nie da się rozpoznać, otoczona czy to kokosem, czy sezamem.

Może i jestem odważniejsza niż myślałam, a na estradzie czuję się prawie jak ryba w wodzie. Może i odkrywam w sobie jakieś nierozpoznane do tej pory cechy. Jest jednak coś, co nigdy się nie zmieni: moje zamiłowanie do jedzenia!!!!!!!!!!!!!

Dubor Apetit

Dziękujemy za odwiedziny! Jeżeli podoba Ci się to co robimy, poleć nas znajomym!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...